Franciszkanki Misjonarki Maryi
MIĘDZYNARODOWA RODZINA ZAKONNA
Prowincja Europy Środkowej i Wschodniej

Pokój i Dobro!

Dobrze jest w życiu znaleźć okazję do świętowania – to już jest 25 lat mojej posługi misyjnej w Prowincji Burkina Faso – Niger – Togo. Moja pierwsza placówka misyjna była na północy Togo w małej wiosce Nadjundi, gdzie siostry są odpowiedzialne za dość duży ośrodek zdrowia, a w nim Centrum leczenia dzieci niedożywionych lub wręcz zagłodzonych, za który byłam odpowiedzialna. Po 14 latach zostałam posłana do Nigru – do szpitala na oddział dziecięcy w Niamej. Przez 7 kolejnych lat moje dni upływały między szpitalem – domem i kościołem katedralnym. Niger to kraj prawie muzułmański. Na oddziale byłam jedyną chrześcijanką. A jeśli chodzi o katedrę, to tam razem z grupą wspaniale zaangażowanych chrześcijan zajmowaliśmy się sprzątaniem, dekoracją i liturgią.

Kochani, pozdrawiam serdecznie i tymi kilkoma zdaniami pragnę się podzielić trochę z Wami moim życiem.

W sierpniu minie 2 lata, jak przyjechałam do Korei Południowej. Obecnie mieszkam w Seulu w naszym Domu Prowincjalnym. W całej Korei Południowej jest około 150 sióstr Franciszkanek Misjonarek Maryi. W większości są to siostry Koreanki, sióstr innej narodowości jest 7 - 3 Polki, 2 Hinduski, 1 Amerykanka, 1 Wietnamka, pozostałe siostry to Koreanki.

Siostry poprosiły mnie, bym opowiedziała coś o Sri Lance. To dla mnie temat rzeka, można opowiadać o tym miejscu, doświadczeniu, ludziach na wiele sposobów i patrzeć na nie z różnych perspektyw. Dziś zaproszę Was na trochę historii samych początków FMM na Sri Lance, na ile udało mi się ją poznać. Najpierw jednak kilka słów o mnie. Będzie szybko, bo jeszcze niewiele do opowiadania. Pomyślałam sobie, że opowiem Wam o moim początkach powołania misyjnego.

Dzieci bardzo lubią przychodzić w odwiedziny do mojego biura. Wcale im nie przeszkadza, że np. w danej chwili rozmawiam z jakimś rodzicem. Czasem przyjdą, aby pogrzebać w moim koszu na śmieci i coś tam znaleźć, ot, choćby kawałek nitki.
Pochodzą w większości z takich środowisk, gdzie grzebanie w śmietniku było ich zajęciem. Wiem, że niektórych z nich można do dziś spotkać na stercie śmieci.
Każde dziecko ma swoją historię i zawsze czymś zaskoczy. W młodszej grupie alfabetyzacji mamy siedmioletnią Hasina.

To taka mała kruszynka wyglądająca na cztery latka, którą zasłania stary tornister, z którym nie chce się rozstać. Zawsze bardzo poważna i jakby nie umiejąca się śmiać. Po wielu "€œzaczepkach" z mojej strony, któregoś dnia pojawiła się w drzwiach biura i ... ani kroku dalej. Potem ... potem było tak, jak z lisem z "€œMałego Księcia" A. Exupéry’ego. Posuwała się codziennie coraz bliżej, jak zawsze poważna, bez uśmiechu. Któregoś dnia podeszła do samego biurka, z tym samym starym, dużym tornistrem, w tej samej zniszczonej sukience, ale oczy były nieco radośniejsze i pełne ufności.

Kochani, pokój i dobro!

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie z afrykańskiej ziemi. To już 28 lat mojej pracy misyjnej w Kongo Brazzaville. 15 lat upłynęło w formacji młodych dziewcząt kongijskich i w tym 9 lat w nowicjacie jako mistrzyni nowicjatu. Reszta czasu - w duszpasterstwie i posłudze chorym. Miałam też kontakt z Pigmejami. Pigmeje mają duże zaufanie do misjonarzy. Ich potrzeby są różnorodne. Trzeba im pomóc we wszystkim.

"Neny" to w języku malgaskim "Mama". Dzień Matki obchodzi się na Madagaskarze w ostatnią niedzielę maja. Jest to dzień szczególny zarówno dla otrzymujących, jak też i składających życzenia.
Neny-Mama w pojęciu malgaskim nie ogranicza się tylko do tej, która urodziła dziecko. To pojęcie ma zakres szerszy, chociaż nikt i nic nie zastąpi «Neniko-Mojej Mamy».
Na Madagaskarze do dziewczyny czy kobiety, która urodziła dziecko, wszyscy zwracają się nie po imieniu, ale dodają przed imieniem dziecka Neny-Mama np: Nenina i Fetra czyli mama Fetry. Przyjęła na siebie nowe powołanie: powołanie bycia mamą.

Drogie Siostry, pozdrawiam Was serdecznie z Japonii! Dziękuję raz jeszcze za wszelkie dobro, jakiego doświadczyłam w czasie mojego pobytu w Polsce. Po przyjeździe Siostra Prowincjalna poprosiła mnie o pomoc w małej wspólnocie (3 siostry) gdyż jedna z nich wyjechała na kilka miesięcy do Hiszpanii. No i oczywiście przystałam na to. Jestem w tej wspólnocie i jest mi tu bardzo dobrze. To mała miejscowość i jest pięknie, zielono. Akurat skończyły się żniwa zbóż a ryż się zieleni. Ludzie są tu bardzo życzliwi i ciągle mamy tu "procesje z darami". Dostajemy tyle jedzenia, że musimy szukać kogoś, kto by chciał przejąć część tych dóbr. Najbardziej siostry oczekiwały tego, że będę jeździła, bo bez tego to tutaj ani rusz. Do najbliższego małego sklepu trzeba jechać samochodem. Ale drogi tu wąskie i kręte więc i emocje żywe.

Prawie dwa lata stąpania po tej ziemi.... tak pięknej: bogatej w zieleń lasów, czerwień ziemi i błękit rzek .... wszystkie te kolory można odnaleźć na ziemi żywej, zwanej człowiekiem. Zieleń nadziei, która kiełkuje pomimo doświadczania ubóstwa i cierpienia, czerwień miłości, wyrażona w prostych gestach codziennego życia, i błękit wiary niejednokrotnie mnie zawstydzającej.... Nadal pracuję na arii misyjnej na obrzeżach Manaus, która rozrasta się w sposób niebywały.

Sierociniec „Pouponniére” (tj. żłobek) powstał 5 sierpnia 1955 roku na prośbę lokalnych władz. Na początku miałyśmy się zajmować dożywianiem dzieci, ale wkrótce zorientowałyśmy się, że umieralność matek jest bardzo duża i ten problem jest do dzisiejszego dnia aktualny. A więc postanowiono zmienić opcję. Zaczęłyśmy przyjmować dzieci, które utraciły mamy w czasie porodu lub w niedługim czasie po nim! Także wśród naszych maluchów są dzieci, które są porzucone lub trudne przypadki socjalne np. mama po porodzie zachorowała! Mamy wszystkich maluchów 80-cioro, czasami dostawiamy łóżeczka. Zostają one u nas do 1 roku, a potem te, które mają rodziny, są zabierane przez babcie lub ciotki.

Jestem w Lubumbashi od kilku dni.  W Dubie, pomimo że wraz z przybyciem uchodźców z okolicznych wiosek liczba ludności prawie się podwoiła, to mieszkańcy są sparaliżowani strachem do tego stopnia, że kiedy pewnego dnia nasz kierowca trochę za głośno zatrzasnął drzwi samochodu, zaczęli uciekać myśląc, że to znów Mai Mai strzelają się z wojskiem, życie toczy się normalnie. Lub pozornie normalnie... Szkoły otwarły swe drzwi i dzieci uczą się na dwie zmiany, w obozie dla uchodźców organizacje pozarządowe starają się zapewnić ludziom jako takie warunki bytowania. Światowy Program Żywnościowy od czasu do czasu przewiezie trochę mąki kukurydzianej...i każdy stara się ułożyć sobie życie w tych dziwnych warunkach.

Kochane Siostry,

Bardzo serdeczne pozdrowienia z Ghany. Minęło już trochę czasu od mojego ostatniego dzielenia się z wami moim misjonarskim doświadczeniem w Ghanie. Rok przedszkolny rozpoczęłam już w Tamale. Ministerstwo Oświaty w Ghanie było już zmęczone moim częstym byciem u nich w różnych biurach w Tatale, Zabzugu, a nawet w stolicy i zdecydowali się przyjąć mnie na nowo do pracy edukacyjnej. Nie było to takie proste, ale szczęśliwie ta sprawa udała się zakończyć pozytywnie.

Od 18 lat pracuje na misjach w Etiopii. Pracuję jako położna w "safemotherhood programme" i zajmuję się oddziałem położniczym. Ten program ma na celu zmniejszyć umieralność wśród matek w okresie ciąży i porodu. Mamy cały zespół, który jest dostępny 24 godziny na dobę tzn. możemy operować, jak jest taka potrzeba, jak również pomagać matkom przy skomplikowanych porodach. Jezus przyszedł, aby dać życie oddając swoje życie za nas.

Kochani!

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie z mojej nowej ziemi, którą Pan mi dał. Jestem w mojej nowej wspólnocie w Malanje. Jest nas tu 5 sióstr z 5 narodowości. Główne nasze zaangażowanie to szkolnictwo i praca duszpasterska. Od obecnego nowego roku szkolnego, tj. od lutego, urządzamy tutaj nową bibliotekę szkolną - budynek zasponsorowany został przez ambasadę Indii. Szkoła po rozbudowie służy dla 900 uczniów i jest własnością Parafii. Do afrykańskich, czarnych twarzy przyzwyczaiłam się szybko, dzieci są tu śliczne, dużo by można o nic pisać... patrzą tak niewinnie na człowieka, niekiedy mniej lub bardziej ufnie.... malutkie to potrafią i zapłakać, gdy widzą białego, ale zdarza się to rzadko.

Ziemia Święta - ogromna mozaika religii, kultur, ludów i języków, a pośród tego wszystkiego niesamowita wyjątkowość, bo właśnie na tę ziemię BOG Ojciec zesłał Swojego Syna. I przez tysiące lat zjeżdżają tutaj pielgrzymi z całego świata, by stąpać po tych miejscach uświęconych Jego Obecnością, by je ujrzeć i nim się napatrzyć, by w ciszy zadumać się nad Jego SŁOWEM, by przeżyć to wszystko na swój sposób i by wrócić do siebie już "€œinnym". Jednocześnie jest to ziemia niekończącego się konfliktu, ziemia nasączona krwią, ziemia otulająca sobą wciąż nowe ofiary.

Pochodzę z Wielkopolski, z małej miejscowości - Karolinki. Niedaleko mojego rodzinnego domu znajduje się klasztor oo. Franciszkanów. Wychowałam się w jego bliskości. To też miało wpływ na moje późniejsze decyzje. W dzieciństwie chciałam zostać lekarzem. Po podstawówce poszłam do Liceum Medycznego w Rawiczu. Zostałam pielęgniarką. W tym też czasie do klasztoru Franciszkanów przyjechał misjonarz z Boliwii. Opowiadali o swojej posłudze. Zaciekawiło mnie to i zaczęłam myśleć o wyborze podobnej drogi życiowej. Chciałam być misjonarką i lekarką.